![]() |
Dzień: [prolog] [I] [II] [III] [IV] [V] [VI]
Prolog...
Każdy wyjazd ma swój początek, środek i koniec. Do tego dochodzą jeszcze 2 okresy: planowanie, organizowanie przed wyprawą oraz slajdowiska, opowieści, wspominki po powrocie.

Zobaczyłem opis Joły na GG: Alpy zimą. Tak od niechcenia zagadałem, co to, gdzie, kiedy i za ile. Sam pomysł wydawał się fajny, włażenie gdzieś do góry w śniegu. Jak zacząłem szukać więcej informacji na ten temat to coraz bardziej nakręcałem się: możliwość zdobycia kilku czterotysięczników, w pięknej scenerii. Lecz jak zawsze jest małe, "ale" - Alpy jak wiadomo to wysokie góry, pokryte lodowcami, do tego mamy zimę, zatem jest strasznie zimno (-25, -35 stopni) a patrząc do szafy na mój ekwipunek pojawił się problem odzieżowo - sprzętowy. Email do Joły z prośbą o listę, co jest mi niezbędne (w końcu był już na Blanku w sylwestra, zatem facet się zna), weryfikacja, co mam, a co można gdzieś pożyczyć kupić...

W piątek po pracy, po przedostaniu się przez wrocławskie korki jesteśmy w komplecie: Jadzia, Joła, Kermit i Ja, mnóstwo żelastwa, pożyczonego puchu, spodni, rękawiczek oraz toreb żarcia, pędzimy tą samą, dobrze znaną trasą na południe. Jak zawsze trzeba przebić się przez dziurawą Polskę, aby później, rozkoszować się autostradami Niemiec: Wrocław - Zgorzelec - Monachium, odbijamy w stronę Bregenz kupujemy winietkę tranzytowa ( 8km ) przez Austrie (2EUR) i jedziemy już przez Szwajcarie (winietka 35 EUR) dalej San Bernadino, Chur i mamy Włochy (autostrada w kierunku Milanu i wbijamy się w odpowiednią dolinę.

Widoki napawają nas optymizmem: dookoła mnóstwo białego puchu, pięknie ośnieżone szczyty, a góry coraz wyższe. Po około 18 godzinach jesteśmy na miejscu: Alana Valsesia.

Zostawiamy samochód na ostatnim parkingu w mieście (jest za free) i idziemy sprawdzić, co z transportem na górę. Ostatnia kolejka odjeżdża, o 16:00, zatem na pewno na nią nie zdążymy. Nie pozostaje nic innego jak powłóczyć się po przepięknym miasteczku. Większość domów wybudowanych jest według starego zwyczaju: budulcem jest drewno i kamień.

Nikt tu nie przejmuje się odśnieżaniem dachów, pomimo, że przynajmniej metrowa warstwa puchu przykrywa je szczelnie. Dookoła kręci się mnóstwo narciarzy i innych zwolenników białego szaleństwa.

Zatrzymujemy się w jednej z knajpek na pizzy a później korzystając z dziennego światła robimy wielki przepak. Teraz dopiero zaczyna się: co wziąć a czego nie zabierać ze sobą, ta kominiarka czy ta, te rękawiczki czy te drugie. Każdy z nas musi wrzucić do swojego wora ciuchy, śpiwór, puchowy ekwipunek, jedzenie na cały pobyt, liofile, słodkości, rzeczy do picia, gaz, menażki, czekany, raki, rakiety śnieżne, uprząż, sprzęt osobisty, termos itd.... Największy dylemat pojawił się w momencie pakowania aparatu: brać lustro czy zwykłą małpę. Długo zastanawiałem się i ważyłem mój plecak czy dodatkowe kilo odciśnie swoje piętno na moich barkach czy nie. Ostatecznie idzie w górę tylko kompakt: poręczniejszy i lżejszy, zawsze można go mieć przy sobie (wyprzedzając fakty była to bardzo dobra decyzja).
Po zachodzie słońca, gdy dolina już wyludniała rozkładamy karimaty, śpiwory, gotujemy ostatnie zupki, herbatę i idziemy spać. Jutro czeka nas wczesna pobudka.


-nowości


